Dziecko powiedziało

Dzieci są nieskończoną skarbnicą mądrości i myśli niezwykłych, których prostota i oczywistość uderza w człowieka i zmusza do dłuższej refleksji nad niepotrzebnym komplikowaniem oraz generalizowaniem świata przez dorosłych.

Poniżej kilka tekstów z życia codziennego.

Jedziemy na basen we Wrocławiu. Straszne korki na mieście, a budynek widać już z okien auta. Dzieci się niecierpliwią. -Dlaczego stoimy? -Bo na drodze jest dużo aut i zrobił się korek. Chwila zastanowienia. -Gdyby te wszystkie autka zaparkowały, to moglibyśmy jechać dalej.

Ta sama wycieczka. Wjeżdżamy na parking, mąż szuka wolnego miejsca. Nagle płacz. -Co się stało? -Bo dla nas braknie miejsca na basenie! -Nie braknie. Dlaczego tak sądzisz? -Bo jak ci wszyscy ludzie z tych samochodów poszli na basen, to my już się tam na pewno nie zmieścimy.

Maszyna do szycia

Zapewne nie okażę się oryginalna, jeśli napiszę, że zawsze chciałam szyć na maszynie, tylko jakoś nie było mi po drodze.

W dzieciństwie moja babcia szyła mi i mojemu bratu najróżniejsze ubrania: bluzeczki, spodenki, spódniczki, kurteczki. Wszystko jeszcze na maszynie chowanej w specjalny stolik i napędzanej nożnym pedałem, podłączonym paskiem klinowym do koła rozruchowego. Pamiętam, jak wchodziliśmy pod spód i huśtali w najlepsze.

Kolejnym moim wspomnieniem związanym z maszyną jest Łucznik mamy. Cóż, mama nam nie szyła ubrań, ale sama podwija spodnie, wszyje zamek, łata dziury, czy uszyje poszewkę na podusię. Kojarzyło mi się to z pewną niezależnością.

Ja sama miałam kilka podejść do szycia na maszynie. Moje pierwsze próby, to gdy dostałam własną maszynę do szycia na Mikołajki. Miałam może z 5 lat. Maszyna była zabawkowa, ale szyła jak prawdziwa. Wprawiało się ją w ruch kręcąc kołem. Zapewne nie przypadłyśmy sobie do gustu, bo maszyna do tej pory leży na strychu, a ja nie pamiętam żadnego uszytku z tamtego okresu. Następne próby to już okres młodzieńczy, kiedy okazało się, że albo ja mam taką ciężką nogę, albo pedał w Łuczniku mamy zbyt ciężko i nierówno chodzi. W przypływie innych, poniekąd ciekawszych na tamten czas zajęć, postanowiłam nie zgłębiać dłużej tego tematu.

Ostatecznie zwyciężyła chęć uszycia czegoś sobie, a przede wszystkim własnym dzieciom. Zaczęłam śledzić opinie o maszynach do szycia, czytać blogi o szyciu, porównywać parametry oraz ceny. Zdecydowałam się na Silver Cresta, zakupionego w Lidlu. Po dwóch dniach spędzonych przy maszynie z instrukcją w ręku, kilkukrotnym rozkręcaniu, nawlekaniu, itp., stwierdzam, że jest to pasja na resztę życia, do której zawsze ochoczo będę wracać.

P.S. Do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć. Warto powracać do spełniania marzeń z dzieciństwa.

Magia, czyli coś z niczego

Zastanawialiście się kiedyś, na czym polegają magiczne sztuczki? W skrócie na stworzeniu pewnej iluzji – pokazaniu widzowi tylko tego co chcemy, aby zobaczył,  a właściwie na zakryciu tego czego nie chcemy ujawnić od razu. Nagle „czary-mary” i mamy coś z niczego.

Taka magia dzieje się codziennie na naszych oczach, a magikiem jest każdy z nas – każdy w innej dziedzinie. Wystarczy w otaczającej nas przestrzeni dostrzec materiał na stworzenie cudownych rzeczy. Wszystko zależy od tego w jaką stronę poniesie nas fantazja. Banalne przykłady:

  1. Ktoś widzi kawałek szmatki, a ktoś inny uszyje z niego maskotkę.
  2. Ktoś widzi prawie pustą lodówkę, a ktoś wyczaruje z tego obiad i przekąski.
  3. Ktoś widzi owoce na drzewie, a ktoś inny zerwie je i zrobi przetwory.
  4. Ktoś widzi popsuty sprzęt, a ktoś inny go naprawi lub zmodyfikuje.
  5. Ktoś widzi stare meble, a ktoś inny je odnowi lub ze starych elementów stworzy coś nowego.

Już wiecie o co mi chodzi. Znam mnóstwo magików w kuchni i uwielbiam ich teksty typu „-Zostało mi trochę sera, to zrobiłam pierogi na szybko” lub „- Wzięłam mąkę, jajka i zobacz jaki torcik mi wyszedł”. Sama czasami mam takie kulinarne zrywy, ale raczej rzadziej niż częściej. 🙂

Mój mąż jest magikiem od majsterkowania. Potrafi wyczarować prawdziwe cuda z czegoś, gdzie inni widzą już tylko śmieci. On raczy mnie tekstami „- Zobacz, zrobiłem ci z dwóch popsutych garnków jeden dobry”. On też wykonał cały remont naszego mieszkania (pominę, ile lat to trwało 🙂 ). Naprawia dzieciom zabawki i przerabia pod nasze potrzeby meble. Na szczęście coraz częściej słucha moich sugestii w kwestiach praktycznych, estetycznych, a nawet technicznych.

Kolejnym domowym magikiem jest mój synek. Cokolwiek uda mu się zrobić, kwituje to tekstem „- Bo to taka sztuczka była”. I koniec dyskusji.

P.S. Zastanów się, jaką magiczną moc TY posiadasz.

Mój pierwszy raz

Każdy z nas kiedyś robił coś po raz pierwszy. Czynności, które z czasem stają się codzienną rutyną, miały kiedyś swój początek. Ja dziś po raz pierwszy jechałam sama z dziećmi samochodem i dodam, że to właśnie ja ten samochód prowadziłam. Chłopakom się podobało – mi też. Zapewne wkrótce nasze podróże autem do przedszkola staną się zwyczajne, a później nikogo nawet nie zdziwi, że mama jedzie sama na zakupy, albo coś załatwić. Kolejna rewolucja ułatwiająca życie.

Zanim do tego doszło musiałam przejść kilka etapów:

  1. Nastawienie psychiczne – dam radę, mam prawo jazdy, przecież już kiedyś jeździłam, samochód stoi na podwórku…
  2. Poczucie potrzeby – będzie szybciej, nie będziemy w zimie marznąć i moknąć na jesień, staniesz się niezależna…
  3. Przygotowanie praktyczne – wszystko pod okiem męża, najpierw jazdy poza miastem, później proste trasy, które już znam na pamięć, no i ćwiczenie parkowania i cofania…
  4. To ten moment – właśnie dziś poczułam, że wszystko sprzyja, abym wsadziła dzieci do auta i ruszyła, bez strachu, z radością.

Myślę, że przy każdej nowej czynności trzeba przejść takie etapy, tylko że czasami idzie to szybciej i bezwiednie, a nawet radośnie – zwłaszcza, gdy w nastawieniu psychicznym dominuje słowo „chcę”. Przykładem u mnie może być zrobienie tortu dla dziecka, uszycie pierwszej poszewki na podusię, zrobienie grządek na działce. Oczywiście jesteśmy różni i to, co sprawia jednym problem u innych idzie z automatu.

Niezwykłe jest to, ile takich pierwszych razów przeżywa dziecko. Dla niego wszystko jest nowe i nieodkryte. Wszystkiego musi się nauczyć, do wszystkiego przekonać, czasami długo ćwiczyć praktycznie, zanim zdecyduje się na swój samodzielny pierwszy raz. Wspaniałe jest, że my rodzice, możemy naszym dzieciom w tym towarzyszyć.

Biorąc pod uwagę swoje powyższe przemyślenia, chyba inaczej spojrzę na grymaszenie dzieci i ich opory przed niektórymi czynnościami. Być może Piotruś zjadając rano pastę ze szczoteczki do zębów, przygotowuje się już praktycznie, ale nie poczuł jeszcze, że to ten moment, kiedy mógłby porządnie wyszorować zęby.

P.S. Przy dzieciach czeka mnie jeszcze wiele pierwszych razy.

Złapać kilka srok za ogon

Są ludzie, którzy na pytanie czym się zajmują, mogą dać tylko jedną odpowiedź: – Wszystkim i niczym konkretnym zarazem. Ja od dłuższego czasu tak właśnie mam. Swój czas dzielę między partnerstwo, macierzyństwo, domowe obowiązki, prowadzenie firmy i próby odnalezienia siebie w tym wszystkim. Żeby było ciekawiej, w firmie również poszukuję nowych obszarów działania. Zamieszczane tu teksty będą odzwierciedlać różnorodność zajęć, którym się oddaję oraz myśli, które krążą mi po głowie.

Przez całe moje życie systematycznie uświadamiano mnie, że nie da się złapać kilku srok za ogon. Jest w tym sporo racji. Ktoś, kto zabiera się za realizację wielu projektów, czasami bardzo od siebie odległych, albo w końcu coś przeoczy, albo nakład kosztów, czasu i energii całkowicie przewyższy zyski z przedsięwzięcia. W swojej naiwności zawsze zostawiam tu dodatkową możliwość: ten ktoś spełnieni się na wielu płaszczyznach. Do odważnych świat należy. Sprawdźmy ile „srok” uda nam się złapać.